melmothia (melmothia) wrote,
melmothia
melmothia

  • Mood:

Dziesiejsza... młodzież(?) i MK#6

      Nieumiejętność radzenia sobie niektórych ludzi z najprostszymi rzeczami co rusz mnie zadziwia. Miało to miejsce kilka dni temu, ale do teraz nie mogę się nadziwić.

 

      Mama przychodzi do mnie i mówi, że córka koleżanki potrzebuje „czegoś o filozofii”. Ok. Czego? Czegoś.

 

     

 

      A tam leży jedna książka o historii filozofii – czyli wkładam w odpowiedź dokładnie tyle samo wysiłku, ile panienka w potrzebie włożyła w pytanie. Następnego dnia: ale wypożycz jeszcze jakąś książkę o filozofii z biblioteki. Jaką? Jakąś.

 

      Pffffffffff.

 

      Przepraszam bardzo, ale co? Panienka jest osobą niezdolną do poruszania się o własnych siłach i jednocześnie nieposiadającą Internetu w domu? Jeśli tak, to jak najbardziej, pomogę. Nie? Z czym Ty do mnie (a raczej do mojej mamy przez własną mamę) przychodzisz? Osoba nie dość, że jest studentką(!), więc ma dostęp do biblioteki uniwersyteckiej, podczas gdy ja mam już tylko do miejskiej i wojewódzkiej, ewentualnie uniwersyteckiej czytelni, to jeszcze, no… jest osobą dorosłą. Podstawówkę i okres proszenia rodziców o pomoc w zadaniu domowym powinna mieć już dawno za sobą. Tymczasem ona oczekuje od kogoś innego, że jej znajdzie książki i podstawi pod nos? To może jeszcze pracę łaskawej pani napisać? Rany, ręce mi opadły. Gdyby jeszcze włożyła w to chociaż minimum wysiłku! Wlazła na ten Internet i poszukała w jakiejś Sowie czy Alephie, co mają do zaoferowania biblioteki, jeśli wpisać hasło przedmiotowe „filozofia” (a mają naprawdę dużo). Gdyby znalazła chociaż podstawową listę książek i podała jako przykład tego, czego potrzebuje! Żebym widziała, że sama też pracuje i że potrzebuje zwyczajnej pomocy. A nie odwalenia połowy roboty za nią. Podstawowej roboty, dodając. Ale nie, przecież łatwiej rzucić komuś temat i powiedzieć „znajdź mi!”. W takim przedstawieniu sprawy wyczuwam absolutny brak szacunku dla mnie i dla mojego czasu. To jest po prostu chamskie. JA mam siąść przed komputer i szukać KOMUŚ OBCEMU książek do JEGO pracy? I jeszcze mu je wypożyczyć na MOJĄ kartę? A potem matka się na mnie focha i przez pół dnia odpowiada półgębkiem, bo nie chciałam jej pomóc zrobić z kogoś jeszcze większej kaleki informacyjnej, niż już jest.

 

      Jestem samolubną wredotą, która przesadza, czy może to jest naprawdę jest takie bezczelne, jak mi się wydaje?

 

      Ja rozumiem, jeśli ktoś po prostu zapyta, czy mam w domu coś na dany temat. Jeśli mam – pożyczę. Może komuś z pomocą tych kilku książek wyklaruje się jakiś pomysł, a i więcej miejsca zostanie jej na karcie bibliotecznej, żeby wypożyczyć coś jeszcze. Tak więc mama ma dwie książki, które może temu nieszczęsnemu dziewczęciu przekazać, bo były w domu. Ale co innego, kiedy dziewczę oczekuje, że ja jej jeszcze pójdę do biblioteki i poświęcę swój czas nad odwalenie jej roboty! Drobna pomoc – ok. Coś więcej, w dodatku kiedy widzę, że osoba nie kiwnęła w tym kierunku nawet palcem – niech się wypcha sianem. Irytuje mnie takie coś niesamowicie. Kojarzy mi się z tymi tabunami maturzystów (ale nie wszystkich, ja wiem, że wiele osób radzi sobie doskonale z takimi zadaniami albo przynajmniej próbuje), którzy przychodzą do biblioteki ze świstkiem, na którym mają napisany temat i chcą, żeby im powiedzieć, co z tym fantem mają zrobić (zmiąć w kulkę i połknąć!). Nie dość, że jest to osoba całkiem mi obca, to jeszcze prosi mnie o coś, co równie dobrze mogłaby zrobić sama. Bo inna sprawa, jeśli pytałaby o jakąś szczegółową informację z zakresu moich kompetencji – kiedy mogłabym ją podać bez szperania po książkach albo po prostu byłabym w stanie znaleźć ją o wiele szybciej. Ale śmiem twierdzić, że wyszukanie tytułów książek poświęconych filozofii zajęłoby nam mniej więcej tyle samo czasu (yyy, minutę? ). A może nie, w końcu panienka chyba nie wie, do czego służy komputer i biblioteka. Heh. Jaka szkoda, że jednak nie pomogłam i nie wypożyczyłam jej „Filozofii polityki muzułmańskiej na podstawie dzieł Abū Hāmida al-Gazālego”.

 

      6. Książka, w której występuje moja ulubiona postać męska.

 

      Postaci w anime są prostsze. Wyraźniejsze. Tak łatwo wybrać nawet setkę ulubionych bohaterów. Bohaterowie książek są albo do d… niczego (Drizzt, anyone?), albo zbyt skomplikowani i… po prostu ludzcy, żeby któregoś wybrać. Sam Vimes odpada, bo o nim już było. Konował też. Ale dzięki wymienionym zauważyć można jeszcze jedno – w fantastyce łatwiej znaleźć ulubioną postać, przynajmniej mi. W założeniach najbliższa jest anime. Ot, chociażby jeszcze taki Syriusz czy Snape. Tyle barwnych, fantastycznych postaci, z wyraźnie (żeby nie powiedzieć, schematycznie) zarysowanymi charakterami. Bo nie można chyba zaprzeczyć, że te postaci osobowość mają rysowaną grubszą krechą niż bohaterowie, których autor chce uczynić jak najbardziej realistycznymi. Hm, książki z wyraźnym przesłaniem tez odpadają. W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie sięgnęłam nawet po zagrzebany zeszyt z pierwszymi próbami zapisywania czytanych książek (sprzed dwunastu lat; a po drodze znalazłam zeszyt z dragonballowym quizem ze 159 pytaniami stworzonymi przeze mnie, z których kiedyś byłam w stanie odpowiedzieć na wszystkie, a teraz pewnie nie dałabym rady więcej niż dwudziestu). To znowu może nie będzie najtrafniejsza odpowiedź (czy ja w ogóle myślałam, wymyślając te pytania?), ale nic innego, poza wymienionymi wyżej i zdyskwalifikowanymi na wstępie (lubię ich mniej więcej na równi; oprócz Sama Vimesa, któremu nie dorastają do pięt, ale który już był). W tym najstarszym zeszycie, po wywaleniu wszystkich indiańskich, Dzikozachodnich z Mayem na czele, horrorowatych bajek Hitchcocka, Szklarskich, Sienkiewicza, Curwooda, Londona, Verne’a, Twaina, Kiplinga, E. R. Burroughsa, Montgomery i Burnett, zostaje mi jeden autor, jedna książka i jedna postać, którą kiedyś uwielbiałam. Naciągając nieco fakty, powiedzmy, że uwielbiam ją nadal. Niech więc będzie, że Edmund Dantes z Hrabiego Monte Christo Aleksandra Dumas jest odpowiedzią na dzisiejszego mema. Mściwy gostek, który szykuje swoim wrogom piekło na ziemi. Czytasz taką książkę, chcesz, żeby pewne osoby sczezły i co się dzieje? Dokładnie to, czego sobie życzysz. Ma kasę, ma klasę i zero skrupułów. No, prawie. Ale to wystarczy, żeby bohater wydał się takiej jednej smarkatej kakkoi (chociaż wtedy moim ulubionym nie był, ale blisko, blisko). Chyba nadal lubię tego rodzaju postaci. W sumie… Vimesa też można pod to podciągnąć, bo ogólnie chodzi o postaci, które wiedzą, jak sobie w życiu radzić, a poziom ich inteligencji przekracza nieco standardy w obrębie danej powieści. Szczerze jednak się przyznam, że nie jestem w stanie powiedzieć, który bohater męski dzisiaj jest moim ulubionym.

 

      To tyle na dzisiaj. Zdaje się, że muszę mieć jednak parę dni wolnego, żeby móc napisać notkę, po powrocie z pracy już mi się zwykle nic nie chce. Pasuje Wam, moi nieliczni czytelnicy, czy powinnam się zmobilizować i narzucić mordercze tempo, powiedzmy dwie notki na tydzień, hm?

Tags: meme książkowe, narzekanie, wyliczanka
Subscribe

  • MK #4 i wielkie nico

    Dzisiaj będzie krótko. 4. Książka, w której występuje mój ulubiony pairing. Kiedy wymyślałam to pytanie, musiało…

  • Znowu zapomniałam o tytule, czyli MK #3

    Widać, oprócz odpoczynku potrzebowałam jeszcze rozgrzewki w postaci komentarzy (oraz goniącego mnie Easia... któremu dziękuję za…

  • Narzekanie i M#2

    Miałam chyba zbyt duże wymagania, kiedy zaczynałam pierwszy odcinek piątego sezonu Dextera (beware of spoilers). To, co najważniejsze –…

  • Post a new comment

    Error

    Anonymous comments are disabled in this journal

    default userpic

    Your IP address will be recorded 

  • 2 comments